[more]

Postać Dionizego Piątkowskiego kojarzy się od zawsze z muzyką jazzową. Od lat jest animatorem jazzu w Polsce a jego ,,dziecko'' to ,,Era Jazzu'' -cykl koncertów ukazujących największych artystów, lub jak sam lubi określać ten projekt: ,,wiecznie trwający festiwal jazzowy''. Jest autorem pierwszej polskiej ,,Encyklopedii Muzyki Jazzowej'' wydanej w dwóch tomach przez wyd. Atena w 1999 roku, a także kilku książek (m.in.,,Czas Komedy''). Dotychczas w polskiej prasie ukazało się ponad 4 tys. artykułów muzycznych i publikacji Jego autorstwa. Zrealizował cykle programów TV: ,,Black & White'' i ,,Jazzgot'', w poznańskim radio ,,Merkury'' natomiast przygotowuje i prowadzi wiele audycji autorskich, a w Radio 88,4 -Jazz FM piastuje stanowisko dyrektora programowego.
,,Sprowadził'' do Polski niezliczoną ilość Artystów ,,z najwyższej półki'', a ponieważ zawsze stara się towarzyszyć muzykom podczas pobytu w Polsce -z wieloma łączy go towarzyska zażyłość. Przeprowadził setki wywiadów z największymi jazzmanami świata i zapewne tyle samo rozmów iście prywatnych, jak wspomniane ,,mimochodem'' w jednym z wywiadów anegdoty o rozmowie telefonicznej z HERBIE HANCOCKIEM o piątej rano, czy spóźnienie się na spotkanie z Piątkowskim CHICKA COREI, gdyż robił akurat ,,przepierkę'' bielizny i skarpetek w pokoju hotelowym. To D.Piątkowski właśnie jako pierwszy zaprosił do Polski wspomnianego C.Corea, którego w tym roku gościliśmy w Poznaniu ponownie podczas koncertu z GARY BURTONEM (RELACJA).
Jest jednym z największych pasjonatów jazzowych w Polsce a o jego kolekcji płyt krążą już legendy.
Bardzo ucieszyłem się, iż Dionizy Piątkowski będzie jednym z gości ,,V Ogólnopolskich Dni Artystycznych z Gitarą'', a festiwal uświetni jego prelekcja ,,Wielcy Gitarzyści Jazzu'', gdyż kto jak kto -ale Piątkowski o muzyce potrafi opowiadać znakomicie.

,,Chciałbym opowiedziec o tym co robię. Moja przygoda z muzyką zaczęła się od nauki gry na gitarze: dawno, dawno temu, w latach sześćdziesiątych. Moją karierę muzyczną zakończyłem po jakichś dwóch latach dochodząc do wniosku że talentu nie mam za grosz. Myślę że była to dobra decyzja -jedna z najważniejszych w moim życiu, mimo że byłem młodym człowiekiem. Pamiętam że razem z kolegą zrobiliśmy przy pomocy ,,Młodego Technika'' gitarę basową -takie były czasy: trzeba to było wszystko kupić w Składnicy Harcerskiej, wyciąć i na tym się grało.''
,,Dlaczego zająłem się akurat muzyką jazzową? To jest taki moment w życiu każdego młodego człowieka, gdy trafia na określone nagranie. Ja sobie przypominam lata siedemdziesiąte gdy wydało mi się iż ta muzyka jest właściwsza. Kiedy po paru latach słuchałem nagrań JOHNA COLTRANE'A czy ballad STANA GETZA, czy gitarzystów -okazywało się że ta muzyka jest bliżej mojego serduszka. Tak się stało, iż mimo że słucham wielu, wielu nagrań -coraz mniej słucham muzyki moich dzieci ale myślę że taka jest już przywara rodziców bo czasami nic z tej muzyki nie rozumiem (myślę o tych nowych trendach elektronicznych, tych wszystkich dance'owych czy klubowych brzmieniach).
Kiedy się okazało że ta muzyka ciągle ,,ciążyła'' nade mną a ja nie będę muzykiem (skończyłbym w knajpie na pewno -taki byłby finał moich artystycznych dokonań), tak się życie potoczyło fajnie iż skończyłem bardzo ciekawe studia: etnografię i zrobiłem specjalizację: folklor muzyczny. To już było bardzo blisko tego co nazywa się jazzem. Gdyby trzydzieści lat temu ktoś powiedział mi że będę żył z jazzu, albo że będę odcinał kupony z tego co ,,po drodze'' robiłem jako hobby i głównie moją pasję, to wtedy powiedziałbym: ,,Stary, to jest niemożliwe, ja tu otworzę w Mosinie jakiś butik, albo będę handlować pomidorami i będzie fajnie i wesoło''. To jest chyba taka dyrektywa, szczególnie dla młodych: by robić coś konsekwentnie. Mam syna, który ma 28 lat, skończył architekturę ale jest też DJ-em, czego nie mogę zaakceptować jak on ,,gra'' na ,,tych sprawach'', ale zacząłem mu trochę przyklaskiwać bo może się okazać że jest w tym lepszy niż w architekturze. Dlatego myślę że moja praca w jazzie przez te 30 lat jest dowodem na to że można robić coś z pasją, można robić to długo i można z tego świetnie żyć. Mówię to głośno i jestem chyba obok Tomka Stańko, Leszka Możdżera i jeszcze paru osób kimś który mowi: ,,Tak, z jazzu można żyć''. Pamiętam jak ok.10 lat temu Tomek Stańko powiedział do mnie: ,,Słuchaj, zostań moim managerem, razem świat zawojujemy'', a to był dla niego wówczas taki trudny okres w życiu. Ja nigdy nie byłem managerem i nie chciałem być managerem. Później Tomek jak podpisał tą umowę z ECM i nagrał parę fajnych płyt, okazało się iż jest dziś jednym z najlepszych muzyków na świecie. Spotykam wielu muzyków z okolic ECM, na przykład ostatnio mówi do mnie Jan Garbarek: ,,Widziałeś jaką Tomek ma ładną marynarkę? On chyba bardzo dużo zarabia'' -to jest takie znamienne. Praca moja związana z jazzem, z historią jazzu to napisanie kilku książek, związanie się zawodowo z radiem, prasą (dziś mało piszę ale staram się nie unikać tego zawodu). Moja praca pozwoliła mi objechać cały świat ,, w te i wewte'', spotkać najważniejszych ludzi świata (myślę o Wielkich Artystach). Jeśli ktoś mi się pyta jakie są moje najważniejsze dokonania -odpowiadam że poza dziećmi, rodziną -to jest najważniejsze że człowiek może np. zjeść kolację z Cassandrą Wilson, AL DiMEOLĄ czy JOHNEM McLAUGHLINEM, pogadać, pojeździć przez tydzień z HERBIE HANCOCKIEM -to jest bardzo przyjemne, bo to są doznania nie tego typu że: dziś się widzimy i więcej się nie spotykamy. Jeśli z kimś się przebywa przez tydzień w wspólnych hotelach, wspólnych samolotach, na wspólnych posiłkach -to wtedy się nie opowiada o głupotach, np. nie pyta się Hancocka ile ma dzieci i czy je kocha, tylko się mówi o wielu, wielu ważnych sprawach. To jest mój ogromny sukces: że takich wspaniałych ludzi po drodze spotkałem. Spotyka się też ludzi, o których nie chciało by się pamiętać; po latach pamięta się że coś było albo bardzo dobre, albo bardzo złe. W ramach ,,Ery Jazzu'' zrobiłem około dwustu koncertów z najważniejszymi gwiazdami jazzu. W tych dwustu jest może dziesięciu artystów, z którymi dziwnie mi się pracowało, ale są też ludzie do których czuję ogromną serdeczność i gdy się spotykamy jest fajnie. Gdy np. AL DiMEOLA mówi do mnie: ,,O! Cześć! Dobrze że jesteś, wpadnij na obiad do New Jersey'' -to jest bardzo przyjemne, że jest taka relacja, bo ja jestem facetem który (jakby na to nie patrzeć) handluję muzyką (są na to określenia: impresario, promotor). Wydaje mi się, iż takie sytuacje, które czasami pozwalają realizować własne, prywatne marzenia, powodują że ja w tej chwili największych muzyków, głównie jazzu, ale też muzyki klasycznej, rocka spotykam na swojej drodze. Znam więc McLaughlina, Garbarka, z którymi jestem zaprzyjaźniony, ale też takiego faceta -wesołka który mnie bardzo ujął swoim stylem bycia: Bob Geldoff. Wylądował na lotnisku w takich przechodzonych kapciach, spranych spodniach i t-shirtcie -to taki facet. Przedtem reader techniczny, który wysyła management był zwariowany: limuzyny, koniaki... a okazuje się że to jest normalny facet -taki: jeden z nas. Siada i mówi do mnie: ,,Zapomnij o tym, wiesz: faceci siedzą w Londynie i nie mają co robić więc wypisują takie rzeczy''. To jest przykład na to, iż większość z tych największych artystów to są ludzie którzy im są więksi tym większą mają zdolność postrzegania samego siebie jako partnera. Studiowałem czarną muzykę i jazz w Stanach w 1979 -1980 i dla mnie młodego człowieka to był szok ogromny kiedy pojechałem na uczelnię i okazało się, iż ulicami spaceruje tam pięciu czy dziewięciu... laureatów Nobla. Na takim uniwersytecie jak Berklee czy Oxford, facet który dostał Nobla do roboty też musi chodzić. Najbardziej wtedy uderzyło mnie spotkanie między mną -studentem, a wykładowcami, muzykami którzy wykładali tam jazz i czarną muzykę. Relacje były takie kumpelskie... nie było tej ściany, która dzieliłaby uczniów i profesorów. Tak skonstruowany jest właśnie ten cały nasz artystyczny, muzyczny świat: zbudowany jest na relacjach emocjonalnych, troszkę biznesowych ale opiera się też na relacjach bardzo serdecznych. To tak jak tu do Mosiny przyjeżdża JAREK ŚMIETANA czy Marek Raduli to kiedy spotkacie się po jakimś czasie, nie będą robić wielkich oczu tylko powiedzą: ,,Cześć Stary! Jak leci?'' -to jest bardzo fajne. W związku z tym że pracuję przy muzyce jazzowej poznaję trochę jakby inny styl ludzi -to nie są rockmani, którzy muszą ileś tam telewizorów wyrzucić z hotelu. Jazz jest jak ktoś kiedyś ładnie powiedział: najbardziej ambitną muzyką z dziedziny muzyki popularnej, kawałek dalej jest już klasyka. W związku z tym, muzycy też są troszeczkę inni, choć niektórzy też rozrabiają jak mój ulubieniec, na którego moja żona ma awersję: AL DiMEOLA -cudowny facet, ale niezwykle rozrywkowy. Od trzydziestu lat żyje w takim transie: 250 koncertów rocznie non stop. Ja go ściągałem prywatnym samolotem -taką taksówką. Facet żyje bez zegarka. Jest bardzo fajnie jak się wszystko udaje, ale nie kiedy jest taka sytuacja jak ta gdy miał odbyć się koncert w Wrocławiu na rynku i czekało kilkanaście tysięcy ludzi. Na niego nic nie działa, nawet to że samolot już odlatuje... to wszystko jest do zorganizowania. Muzycy przylecieli a głównego artysty nie było. ,,Wyciągałem'' go z Palermo jakimiś dziwnymi liniami do Berlina, tam czekała taka aerotaxi (polecam: 10 tys. kosztuje lot z Berlina do Wrocławia). Miałem satysfakcję nie dlatego że straciłem tą kasę, ale z tego że AL DiMEOLA usiadł w takim samolocie, że kiedy spojrzał w lewo: był dół i w prawo: był dół. Meola wysiadł na lotnisku w Wrocławiu... biały. Nie wiedział jak się nazywa, tak był przerażony -takie sytuacje się zdarzają. Z drugiej strony, to niezwykle serdeczny chłopak, tylko bardzo rozrywkowy -z hotelu ,,Vivaldi'' nie moglismy go wyciągnąć przez trzy dni, a on zawalał kolejne koncerty. Są też takie sytuacje jak ta, która miała miejsce w ubiegłym roku kiedy w Polsce miał wystąpić pewien amerykański gitarzysta, który nie mógł zrozumieć co to jest żałoba w Polsce, że zginął Prezydent... Dla niego najważniejszym gestem było aby właśnie zagrać dla niego, pokazac że jesteśmy razem... tak jak Amerykanie: zburzą im World Trade Center, a drugiego dnia wyjdzie na scenę BRUCE SPRINSTEEN i zaśpiewa: ,,Jeszcze Ameryka nie zginęła póki my żyjemy''. Dwa razy miałem taką sytuację z odwołaniem koncertu, poprzednia dotyczyła saksofonisty. Miał być koncert 4 kwietnia (6 lat temu dokładnie) -dwa dni po śmierci Papieża. Pamiętam że on w ogóle nie rozumiał tych zależności. To miał być awangardowy koncert: saksofon solo, więc mógłby on sobie spokojnie zagrać, ale to były emocje nas Polaków, których Amerykanie w ogóle nie postrzegają w ten sposób. To była taka znamienna sytuacja dla mnie jako promotora, kiedy ta druga strona w ogóle nie rozumie o co chodzi i chce zrobić coś czego my nie jesteśmy w stanie zaakceptować.
Najprzyjemniej mi się pracuje z JOHNEM SCOFIELDEM: dusza facet, człowiek genialny, artysta mało skomplikowany w sensie organizowania mu koncertów, multum pomysłów, bardzo sumienny, godzący się na wszystko...
Z kolei takim pomnikowym, nostalgicznym jest JOHN McLAUGHLIN, który jest muzycznym geniuszem. On gra tą swoją skomplikowaną muzykę ale ma fioła na punkcie Indii. Pomysł był taki, aby powrócić do klimatu muzyki lat siedemdziesiątych -JOHN McLAUGHLIN zaprosił do współpracy swoich hinduskich kolegów i dali kilka koncertów w Europie. Pamiętam, iż przerażające było to jak JOHN McLAUGHLIN zadzwonił do mnie mówiąc że jest na lotnisku w Zurichu (koncert ma odbyć się o 20:00 w Sali Kongresowej) a tzw. emigration officer nie chce przepuścić jednego muzyka -tablistę pakistańskiego, który nazywa się Zahir Hussein. Był to czas kiedy nazwisko Hussein znaczyło tyle co: ,,podłącz mnie do prądu'' i jakiś dureń w Zurichu na lotnisku rozmawiając z Husseinem powiedział: ,,Nie polecisz''. No więc guru McLaughlin odrzekł: ,,Jeśli mój brat hinduski nie leci, to ja go nie zostawię w biedzie'' -muzycy zostali na lotnisku. Hussein miał taką dziwną wizę: był Pakistańczykiem (miał pakistański paszport), mieszkał w Stanach, miał security... w ogóle: pomieszanie z poplątaniem. Nie wiem jak to załatwiłem ale o godz. 14:00 Zahir Hussein miał wizę. Konsul z Zurichu jechał z całym biurem na lotnisko żeby poprzybijać co tylko możliwe i jak już wszystko było załatwione okazało się że samolot, którym artyści mieli do Warszawy przylecieć -wyleciał, lecz następny miał tylko cztery wolne miejsca. Zaczęła się zabawa pod tytułem: kto ma zostać (dwóch muzyków musiałoby zostać). No więc najpierw ,,zapakowaliśmy'' tego Husseina żeby już był w powietrzu, z Husseinem poleciał McLaughlin i dwóch muzyków. Jak już oni wylądowali ucieszyłem się bardzo że wszystko ładnie zagra, załatwiliśmy nawet zespół który przed nimi zagra w razie spóźnienia. JOHN McLAUGHLIN mnie bardzo zaskoczył: wszystko było gotowe, tylko nie było dwóch muzyków, nazwijmy ich: peryferyjnych -grających na tablach. Nikt by nie zauważył w Kongresowej że ich nie ma. On mi o godz. 21:00 (a o 21:30 lądował następny samolot z Zurichu) powiedział że nie wyjdzie na scenę bez wszystkich swoich braci, dopóki nie będą razem: ,,Nie gramy''. Takich opowieści jest bardzo dużo: każdy koncert, każdy festiwal dostarcza anegdotek i część z nich wspomina się bardzo miło po latach ale to kosztuje bardzo dużo nerwów. Nie możemy sobie pozwolić na coś takiego jak odwołanie koncertu, dlatego niektóre takie sytuacje związane z artystami gdy np. zapomni, zapije, albo nie wsiądzie do samolotu, powodują to że tu w Polsce pracuje często ok. 30 osób po 8 godzin dziennie aby to wszystko poukładać. Mam wielu artystów zaprzyjaźnionych (choć trudno mówić o przyjaźni gdy się kogoś widzi raz czy dwa razy w roku w różnych częściach świata), ale z drugiej strony są też tacy muzycy, z którymi nie chcę już pracować.
Jest taka wokalistka -największa na świecie: DIONNE WARWICK. Robiliśmy dwa czy trzy lata temu koncert -wspaniały koncert, lecz pamiętam o jednej sytuacji, która mnie jakby od niej odsunęła; w readerze było napisane że do garderoby chce trzy szampany takiej dziwnej firmy (po 200 dolarów za butelkę) albo równowartość w gotówce. Jak się później okazało: było 15 takich koncertów i wszędzie otrzymywała równowartość w gotówce. No to albo chce pić tego szampana, albo nie. Wykonalismy taki manewr, iż w garderobie czekały trzy rozpakowane butelki tego szampana, którego oczywiście ona nie wypiła. To są takie sytuacje, które może nie ,,dobijają'' ale powodują, iż zaczyna się postrzegać niektórych artystów jako takich ludzi, których interesuje tylko kasa.
Robiliśmy jako pierwsi w Polsce koncert Diany Krall i to była ,,jazda bez trzymanki'': Diana Krall jest wielką gwiazdą. Przyjechał kwartet do Warszawy a z tym kwartetem, który miał pojawić się na estradzie przyjechały 34 osoby: garderobianka, fryzjerka, pani od prawej ręki, pani od lewej... po prostu cuda! W readerze mieliśmy do wybudowania na zapleczu Kongresowej kuchnię wg projektu. Tam miała być zmywarka itd, budowa tej kuchni trwała dwa dni, gdyż trzeba było wodę doprowadzać itp. Nasze dwie dziewczyny pojechały z kucharkami wszystko zorganizować i pokupować z kartki wszystko to co ta ekipa chce zjeść, miała być też kostkarka do lodu która nie robi kółek tylko gwiazdki czy misie jakieś -nie pamiętam. Jak to wszystko było gotowe to Diana przyjechała i ok. 22:00 wzięła butelkę francuskiej czy szwajcarskiej wody mineralnej, wrzuciła sobie do szklanki dwa te misie z lodu, o 22:30 wyjechała. Nic nie tknęła -człowieka szlag trafia! Mówię do mojej ekipy: ,,Do rana możecie to wszystko zjeść i zdemolować tą kuchnię'' -nie miałem już sił.
W ubiegłym roku odwołałem koncert. Lubię pokazywać artystów nie-jazzowych, którzy grają jazz. Okazuje się że bardzo fajne jazzowe, swingowe płyty nagrywa CHARLIE WATTS (perkusista z zespołu The ROLLING STONES). Jak się pojawiła taka możliwość że może przyjechać na jeden, jedyny koncert do Polski zaraz podpisałem umowę, natychmiast trzeba było wpłacić ogromne pieniądze (tak działają agencje z ,,tamtej strony''), cieszyłem się jak głupi chyba przez pół roku. Wszystko było już ,,gotowe do odpalenia'' gdy biuro The ROLLING STONES przysłało mi wiadomość że koncertu w tym terminie nie będzie. Będzie może dwa tygodnie później bo CHARLIE WATTS musi polecieć z Jaggerem do Nowego Jorku gdyż rusza jakaś trasa i muszą coś omówić z prawnikami. Dobrze: przełożyliśmy termin o te dwa tygodnie. Po dwóch tygodniach agencja The ROLLING STONES pisze do mnie że jednak nie za dwa tygodnie, tylko za trzy miesiące, bo prezydent Francji wraz z małżonką zaprosił CHARLEGO WATTSA na kolację akurat na ten czwartek wieczorem. Przesuwanie terminu trwało trzy lub cztery miesiące a ja sobie zdałem sprawę z tego że będzie pełna Kongresowa, sprzedane będą wszystkie bilety a jak wyjdę na estradę to każdy z widzów trzymał będzie w ręce pomidora by mi ,,przysolić''. Myślę że trzymanie się pewnego harmonogramu, pewnych ustaleń jest rzeczą najważniejszą. Moi koledzy z Warszawy nienawidzą mnie za to jak ja pracuję, bo ja pracuję po poznańsku: z kalendarzem gdzie wszystko mam zapisane co trzeba zrobić. Myślę że takie podejście jest właściwe -fajniej jest jak artysta chce wystąpić bo cię lubi i chce do ciebie przyjechać, niż kiedy artysta który przyjeżdża mówi jak Gato Barbieri w Poznaniu: ,,Cieszę się że jestem w Holland'', mówię do niego: ,,Poland'', a on: ,,Tak, tak, Holland'' -jemu jest obojętne gdzie gra. Z drugiej strony są bardzo miłe skojarzenia, takie jak w ubiegłym roku gdy zaprosiłem po raz kolejny MARCUSA MILLERA -taki facet! Mam kilka telefonów do różnych ludzi i dzwonię kiedyś do niego: ,,Słuchaj, mam taki problem -może przyjechałbyś tutaj w taki a taki dzień?''. Marcus mówi: ,,Dobrze, będziemy wracać z Japonii to się zatrzymamy w Polsce ale nie chcę żadnej Kongresowej czy innej wielkiej sali''. Po raz pierwszy zagrałem w Polsce Marcusa w małej sali: w klubie ,,Palladium'' na 1000 osób, na stojąco. Nawet dla naszych VIP-ów zlikwidowaliśmy krzesła i zrobiliśmy ,,amerykański klub''. Jak pisali dziennikarze i krytycy: był to najlepszy koncert MARCUSA MILLERA w Polsce. Wszystkie były doskonałe ale ten stworzył możliwość bliższego spotkania z publicznością i to zajarzyło tak że on się świetnie bawił, koncert trwał ponad trzy i pół godziny bo facet był nie do zatrzymania. To są takie bardzo miłe sytuacje dla mnie związane z współpracą z gitarzystami.
Ja zawsze artystę przymierzam do miejsca: czy on się tam fajnie i dobrze bedzie czuł. Jeden jednak projekt był spalony: HERBIE HANCOCK przywiózł ze sobą taki projekt Headhunters -ja przedtem nie wiedziałem o tym. Najpierw miało być trio, później kwartet a na końcu okazało się że ma być wagon elektroniki. To było bardzo kiepskie ze względu na nagłośnienie bo koncert odbywał się w Filharmonii Narodowej.
Pamiętam jednak taki koncert: najważniejszy saksofon współczesnego jazzu -WAYNE SHORTER w Filharmonii. Przyjechał z cudownym managerem, akustykiem i mówi: ,,Wiesz co... te wszystkie maszyny co tu są -wyłącz'', -,,Jak to?'', -,,No tak, zobaczysz damy świetny koncert''. Trzeba było tylko perkusję przestawić żeby za ostro nie waliła i wyszedł pan z saksofonem i mikrofonem i zagrał dwa utwory -po godzinę każdy: zagrał pierwszy i ukłonił się, później zagrał drugi i ukłonił się. Ludzie siedzieli tak jak się siedzi w filharmonii -to była fajna sytuacja.
Jak pierwszy raz ,,robiłem'' JANA GARBARKA w Katedrze w Poznaniu, dostałem reader a tam było tylko napisane że mają być pulpity ze światełkami -myślałem że parę stron gdzieś zginęło. Fortis, który to nagłaśniał mówi: ,,Stary, to niemożliwe. To kościół jest, myślisz że wejdzie tam z pięć tysięcy luda? Stuligrosza tu nagłaśniałem -to ogromny chór jest, a tu czterech facetów''. Polecam koncerty w kościele: do końca nic nie wiadomo -czy będzie msza, czy będzie pogrzeb... w każdym razie, myśmy cały dzień to montowali, czuwając kiedy ksiądz wychodzi i kiedy można paczki ze sprzętem wnosić. Jak te ,,ściany dźwięku'' zostały zbudowane, przyjechał JAN GARBAREK z managerem i mówi: ,,Nie. To wszystko niepotrzebne -bez niczego gram''. Pierwszy raz słyszałem takie granie, w takiej sali, bez jakiegokolwiek mikrofonu. Garbarek chodził po całej Katedrze, muzyka rozbrzmiewała... takie metafizyczne doznanie. Później robiliśmy z Garbarkiem tych koncertów sporo; taki był wesoły moment w Kościele Mariackim w Krakowie: każda parafia ma określone rytuały -o 18:00 są msze, o 19:00 śluby itd. Myśmy się na to zgodzili że o 18:00 odbędzie się msza a o 20:00 zacznie się koncert. Sytuacja była taka, że skończyła się jedna impreza -czyli msza, ale publiczność która przyszła na mszę nie rusza się. W Krakowie, wiadomo -bilety po trzy stówy i wszyscy ci którzy te bliety kupili czekają za drzwiami na zewnątrz aż ludzie wyjdą. Było takie 30 minut przeciągania, ja byłem wówczas pierwszy raz na ambonie błagając tych ludzi aby po prostu zrobili krok do tyłu. Proboszcz błagał mówiąc: ,,Tam są ludzie, zapłacili pieniądze''. Sytuacja była patowa, moje ostatnie słowa na ambonie to: ,,Boże, bo się koncert nie odbędzie''. Wystarczyło że dwie czy trzy starsze panie wstały i cała fala ludzi jak za dotknięciem magicznej różdżki wyszła.
Przypomniała mi się druga rzecz: po raz pierwszy pokazałem w Polsce zespół gospel -autentyczny, czarny, z Detroit. Były dwa koncerty: pierwszy z nich w Warszawie a drugi za dwa dni w Watykanie dla Papieża. Przywiozłem dwadzieścia parę czarnych śpiewających kobiet i facetów. Większość wokalistek chóru nie mieściła się w tzw economy class, czyli w normalnych siodełkach w samolocie. W związku z tym, kombinowałem z ,,LOTem'', aby dał biznesowe przeloty by chociaż część tych kobiet upchać w biznes klasie i udało się: przywiozłem dwadzieścia kilka takich osób. To był 1998 czy 1999 rok... pomyślałem sobie: kto przyjdzie w Polsce na gospel? Czarny gospel i to jeszcze w kościele, w największym kościele w Warszawie? Co się okazało? Pamiętam najgorszy pomysł na jaki wpadłem: robimy bilety nie po dwie stówy, tylko robimy bilety po cztery dychy. Kościół mógł pomieścić 5 tys. ludzi i chyba przyszło 5 tys. ludzi.. aha: bilety były po 30 i po 50 zł -była tzw strefa VIP (ta pierwsza) ładnie odgrodzona, która jak otwarły się drzwi istniała chyba przez 4 sekundy -wszyscy po prostu wpadli -tłum ludzi! Proboszcz Król (już nie żyjący) podchodzi do faceta, który siedzi w czapce: ,,Wie pan... gdyby mógł pan ściągnąć tą czapkę bo to jest kościól katolicki jednak''. Ten chłopak w tej czapce spojrzał na tego biednego proboszcza i odpowiedział (zacytuję): ,,Spier....j!''. Mi po prostu ręce opadły jak pomyślałem co tu się będzie działo. Większość ludzi dziś już wie jaka jest atmosfera podczas koncertu gospel na estradzie i wśród publiczności. Jak chór wystartował a Wielebny zaczął: ,,Alleluja! Alleluja!'' to myślałem że to wszystko zaraz pęknie, rozwali się... Emocje były przerażające! Proboszcz podchodzi do mnie i mówi: ,,Panie Dionizy, niech mi pan powie: oni naprawdę pojutrze wystąpią dla Papieża?''. On nie wierzył w to widząc te emocje, słysząc te krzyki, te owacje... Koncert był fajny, polecieliśmy na drugi dzień z nimi do Rzymu. Tam odbywa się taka coroczna impreza ,,Boże Narodzenie w Watykanie'' -sala ma chyba 6 czy 7 tys. miejsc i robi naprawdę przepiękne wrażenie. Tam z dwoma czy trzema kawałkami wchodzą najwięksi artyści świata, a to: Bryan Adams, a to: Celine Dion, a nasz chór z Detroit robił im chórki. Sam koncert był piękny, długi (chyba z 3 godz) i zrobiła się taka ,,lista przebojów.''
,,Mieliśmy z żoną taki pomysł aby przenieść się do Warszawy ale ja trochę przyhamowałem bo stałbym się pewnie kawałkiem tego show businessu w złym tego słowa znaczeniu. Prowadzenie takiej firmy jaką ja prowadzę i mam ją w teczce jest takie same z jakiegokolwiek miejsca. Czy jestem w Polsce czy w Stanach... gdziekolwiek. Wszyscy zastanawiają się czy ja w Mosinie mieszkam jeszcze czy nie mieszkam -zawsze żona pilotuje mnie tu w sprawach mosińskich. Pojechałem niedawno po bułki to pani zachowała się jakby diabła zobaczyła (nie widziała mnie z pięć lat chyba), pyta: ,,Co się stało?'', ja mówię: ,,Żona mnie zostawiła''. Tak jej to pasowało że ja tutaj jestem -nagle wszystko się zgadza!''
,,Jestem szczęśliwym facetem bo robię to co lubię i nie traktuję tego jak pracę. Nie patrzę na to w ten sposób: czy pracuję 10 czy 14 godzin na dobę, czy jest druga w nocy. Kiedyś było łatwiej bo czy jechałem na Midem czy na inne targi, byłem bardziej anonimowy w tej branży, a teraz jestem postrzegany jako facet, który ,,ma kasę'' i może zapłacić za występ albo nie zapłacić. Mam takie zajęcia na targach jazzowych w Niemczech -cała branża jazzowa tam zjeżdża. Żona mówi: ,,O Boże, jak byśmy chcieli się z każdym spotkać musielibyśmy spędzić tam cztery tygodnie, a to są tylko dwa dni''. To jest bardzo przyjemne mieć tylu znajomych, serdecznych ludzi w różnych miejscach bo ta serdeczność jest jednym z warunków prawidłowego funkcjonowania w tej branży. Życie muzyków to trochę szalone życie i ja całą trójkę swoich dzieci błagam aby nie szli tą drogą jaką obrało wielu muzyków. Myśmy z JARKIEM ŚMIETANĄ umawiali się na dziś już od dwóch tygodni i nagle okazuje się że musi wcześniej wyjechać -i tak to wygląda. Jeśli Meola daje 250 koncertów w roku to generalnie gra codziennie. W domu w New Jersey żona i dwójka dzieci a on częściej w telewizji niż w domu. Muzyk, któremu się udaje ma i tak życie łatwiejsze, Hancock mówi do mnie: ,,Ja w domu jestem 10 procent życia, reszta to lotniska, hotele i sale'' -a to człowiek, który może sobie pozwolić na duży dystans -on nie musi dużo koncertować. Artysta wielki: CHICK COREA, który parę dni temu był w Poznaniu jest facetem z ogromnym dorobkiem, bardzo dużo zarabiającym. Robiłem taki koncert cztery miesiące temu: ,,Christmas Concert'' z CHICKIEM COREA solo w Warszawie, w Katedrze. Chicka znam dwadzieścia-kilka lat -on robi wspaniałe rzeczy, ale okazało się że żyjemy w pięknym kraju i ani artysta, promotor ani organizator, ani arcybiskup -nie mają nic do gadania -najważniejsza jest (jak ja ją nazywam): Zofia od Krzyża, która wyśledziła że CHICK COREA jest scjentologiem. W warszawskiej prasie zaczęły się pokazywać takie tytuły jak: ,,Szatan w Kościele'' czy: ,,Zbeszczeszczenie grobowca Paderewskiego''. Odbyłem bardzo długą, serdeczną rozmowę i powiedziałem: ,,Przenosimy koncert do filharmonii'', bo wystarczyło aby towarzystwo przeniosło się dosłownie trzysta metrów dalej. Zrobiła się burda, a wielki artysta Bogu ducha winien chciał dać piękny koncert -on nigdy nie grał w Polsce w kościele. Niezwykłe wrażenie zrobiła na mnie decyzja arcybiskupa Nycza (przy rozmowie był też ksiądz Markowski -brat Grzegorza Markowskiego z PERFECTU), który powiedział: ,,Nie ma się czym martwić -koncert się na pewno odbędzie''. Fora internetowe huczały, była burza ogromna, wszyscy czekali co się wydarzy. Przyjechał Corea (nie rozmawialiśmy o tym ale on wiedział o sytuacji), kościół był obstawiony reporterami i wszyscy czekali aż może ktoś coś krzyknie czy coś się wydarzy. Corea zagrał przepiękny koncert. Po trzydziestu minutach wyszedłem przed kościół aby zobaczyć co tam się dzieje, a tam stał facet z ogromną tablicą pod tytułem: ,,Bilet kupię''. Później miała miejsce taka przedziwna sytuacja pokoncertowa: CHICK COREA wita się z proboszczem, podaje mu rękę a proboszcz wyglądał tak jakby witał się z Szatanem.''
W kolejnych wpisach umieszczę dokończenie relacji z ,,V Ogólnopolskich Dni Artystycznych z Gitarą'' w Mosinie, oraz fragmenty mojej rozmowy przeprowadzonej z Dionizym Piątkowskim.
Poniżej galeria zdjęć, które otrzymałem od D.Piątkowskiego wraz z zgodą na ich publikację:









