│  B  │ C │ D │ E │ F │ G │ H │  J  K │ L│ M│ N │ O P │ Q │ R │  T  │  U  │   │ W  Y Z

11 kwietnia 2011

,,Razem robimy ten jazz'' (2) -Dionizy Piątkowski

''V Ogólnopolskie Dni Artystyczne z Gitarą'', 1-3 kwietnia 2011, Mosiński Ośrodek Kultury, ul.Dworcowa 4, Mosina

[more]

Oto druga część niezwykłych opowieści Dionizego Piątkowskiego pochodzących z spotkania z miłośnikami muzyki 2 kwietnia 2011 w Mosińskim Klubie Festiwalowym, oraz odpowiedzi na kilka pytań zadanych przeze mnie podczas rozmowy po oficjalnym spotkaniu.

,,Niedawno byliśmy w takiej fajnej części świata: w Luizjanie w Stanach. Jeżeli ktoś nie był nigdy w Stanach to niech nie rozpoczyna podróży od tamtej strony. Wybraliśmy się tam z kolegą, który zajmuje się kulturą Luizjany i jeździ tam dwa, trzy razy w roku -zna najgorszych zbirów w całym stanie, najgorsze knajpy i taką Luizjanę nam pokazał. Jak wchodziliśmy do klubu o drugiej w nocy w sześć osób to taki pan stojący na bramce (dwa na dwa) mówi: ,,Eee, wejdżcie białasy, posłuchajcie sobie... To jest przecież wolny kraj''. Nigdy nie trzymałem moczu tak długo jak wtedy -bałem się nawet pójść do toalety. To taki rejon Stanów rozgoryczony wobec reszty kraju, ogromna przestępczość -to taki jakby zapomniany stan -obok wszystkiego co związane z Ameryką. Jest takie więzienie na granicy Luizjany i Mississippi, gdzie raz w roku są tzw ,,otwarte drzwi''. Jest tam ponad sześć tysięcy skazańców, w dziewięćdziesięciu procentach: czarnych z wyrokami od 25 lat w górę. Wygląda to przepięknie: z jednej strony jest (niczym nasza Warta w Rogalinku) Mississippi -a więc zero szans na to by ,,dać nogę'', a obszar więzienia -przeogromny (myślę że taki jak cała nasza Mosina). Raz do roku odbywa się tam rodeo. Moja żona była przerażona gdy się tam udaliśmy: jedna siatka, druga siatka a za tymi siatkami czarni skazańcy -z tej strony natomiast idą trzy białe europejki. Bałem się czy wszystko się uda: zakaz fotografowania, zakaz wnoszenia komórek, jakiegokolwiek bilonu. Zanim zaczęliśmy  przechodzić przez te wszystkie bramki, przestrzegano nas by nie zadawać żadnych pytań, nie robić jakichkolwiek uwag, tylko: ,,Yes, sir''. Gdyby któraś z dziewczyn zapytała np. ,,A klipsy mogę mieć?'' -mogłaby czasem być do odebrania w komisariacie po czterech tygodniach -tam się nikt nie patyczkuje. Było to ciekawe doznanie -tam jest taka estrada i odbywają się koncerty -więźniowie mają tam swoje zespoły i grają (fajnie grają, np. czarne zespoły gospel), odbywa się też kiermasz różnych dziwnych przedmiotów, które więźniowie tam wytwarzają (żona kupiła sobie bransoletkę za dwa dolary). Corocznie przybywa tam około tysiąca zwiedzających turystów. Pytałem się kolegi przed wyjazdem, jak mają się dziewczyny ubrać gdy tam pojedziemy -odpowiedział: ,,Normalnie. Oni po tylu latach siedzenia w tym pierdlu, nie wiedzą już jak dziewczyna wygląda''. Clue wieczoru było rodeo z udziałem skazańców. To było takie wrażenie jak przed laty oglądałem walkę byków po raz pierwszy. Ci więźniowie ryzykując wszystko wsiadają na te rozwścieczone byki, które po prostu ich zrzucają: podskoczy parę razy i leży. Cały czas jeżdżą ambulanse po tej arenie -dwugodzinna jatka. To nie miało nic wspólnego z jakimkolwiek show oprócz samego początku kiedy podano listę sponsorów i odśpiewano hymn amerykański. Zjechałem Amerykę wszerz i wzdłuż ale nigdy takich rzeczy nie widziałem. W tym więzieniu wiele lat temu (na tej estradce najprawdopodobniej) bluesman Leadbelly po raz pierwszy zaśpiewał ,,Goodnight Irene'' -słynny przebój. Jakiś czas temu przed tym wyjazdem, przywiozłem do Polski oryginalny zespół z Nowego Orleanu -to nie był jakiś znany zespół, nagrali tam może z dwie płyty. Zrobiliśmy koncerty, wydrukowalismy koszulki -koncerty wypaliły a muzycy odlatywali wzruszeni gorącym przyjęciem. Po tym rodeo miałem być w poniedziałek w Nowym Orleanie na City Hall u burmistrza, uczesałem się, założyłem marynarkę i pojechałem -otrzymałem honorowe obywatelstwo miasta Nowy Orlean! To najprawdopodobniej tak zadziałało że ci muzycy po powrocie naopowiadali pewnie wiele głupot o tym że jest taki model w takiej Mosinie, sprzedawał ich płyty, zrobił fajne koszulki -i dopisali mnie do listy honorowych obywateli.
Moje drugie obywatelstwo w Stanach: jestem honorowym obywatelem miasta Oxford w Mississippi. Wiele lat temu, w roku 1985 byłem na amerykańskim stypendium rządowym w Oxfordzie (oni tam się bluesem zajmują między innymi). To taka dziura jest: ryneczek, spożywczak, komisariat policji, jakaś knajpka i nic więcej tam nie ma. Nudziłem się tam -co tam można robić o jedenastej przed południem? Nic. Chodziłem po tym rynku i taki facet w białym kitlu z tego spożywczaka mnie zawołał i pyta:
,,Co ty tu robisz?'', mówię: ,,Na stypendium tu przyjechałem, uczę się'', ściągnął ten biały kitel i mówi: ,,Ja jestem burmistrzem Oxford, przyjdź jutro o dwunastej do ratusza'', -,,Gdzie to jest?'' -pytam, -,,No tu'' -pokazuje na budynek. Następnego dnia też nie miałem co robić do południa, więc poszedłem do tego burmistrza -dostałem medal i honorowe obywatelstwo.''

,,Moja córka kiedy chodziła do szkoły, wzbudziła sensację: kiedyś została podwieziona pod szkołę takim półciężarowym mercedesem. Przed szkołą czekały koleżanki i pytają: ,,Kto cię podwiózł?", -,,CZESŁAW NIEMEN mnie przywiózł''. Mój teść kiedyś siedział sobie w domu do południa na fotelu, pijemy kawę z żoną i paroma znajomymi, rozmawiamy i dopiero gdy jeden z naszych gości wyszedł -mówi: ,,Co to był za facet? Ja go skądś znam...'', -,,No właśnie -to był CZESŁAW NIEMEN''. On jak jeździł do Berlina to po drodze często się u nas zatrzymywał -cudowny człowiek, fajny facet. Zawsze była podczas spotkań miła atmosfera -on się u nas dobrze czuł. Natomiast ciężko się z nim pracowało; robiłem z nim kiedyś w Niemczech taką płytę z muzyką elektroniczną i producent niemiecki dostawał białej gorączki gdy NIEMEN co 20 minut zmieniał wszystko (...). Miałem tu w Mosinie paru fajnych gości -mógłbym utworzyć coś w rodzaju ,,Listy Gości''.

,,O płytach winylowych jakie posiadam, mógłbym opowiedzieć indywidualnie o każdej z nich: w jaki sposób ją zdobyłem, skad ją mam... Pamiętam tylko że jak już doszedłem do tego, iż miałem prawie wszystko z jazzu co chciałem mieć -wymyślono CD. To był chyba 1983 rok gdy pojechałem na Midem i to zobaczyłem. Rok później poleciałem do Stanów i mój znajomy z dużej wytwórni płytowej dał mi cały karton płyt kompaktowych, mówię: ,,Eee tam, nie chcę tego. Wy tu w Stanach jakieś głupoty wymyślacie''. Potraktowałem to tak jak te taśmy do odtwarzaczy samochodowych, które nie mają końca, są zapętlone i grają non stop, ale zabrałem ten karton. Pamiętam że współpracowałem wówczas z ,,Trójką'', były takie rewolucyjne audycje -zabierałem wówczas takie małe urządzenie, które chodziło jak traktor i nazywało się odtwarzacz płyt kompaktowych -tego nikt w Warszawie nie miał. Jechałem do Warszawy, opowiadałem jaki to też dźwięk będzie słychać, włączałem tą płytę po czym 8 milionów słuchaczy, którzy mieli zwykłe radia słuchali tego dźwięku tak samo jak gdyby włączony był z taśmy, czy winyla. To był taki rewolucyjny czas: pamiętam iż część wytwórni płytowych przysyłała wówczas listy w rodzaju: ,,Czy chce pan otrzymywać płyty CD bo likwidujemy dział winyli itd.''. Dużo płyt kupuję ale dużo po prostu dostaję -to bardzo komfortowa sytuacja. Mam duży dział płyt niesłuchanych -nie dlatego że ,,nie wyrabiam'', ale wiele płyt jest takich, które odsłucham raz czy dwa razy, odkładam na stół, a gdy ponownie na nie trafię -odkładam na półkę. Płyty mam ułożone alfabetycznie a więc w razie potrzeby wiem gdzie czego szukać. Bardziej interesuje mnie w tej chwili muzyka młodych wydawana przez małe wytwórnie, niż kolejne ,,Sony'' czy ,,Warnery''. Wiele rzeczy zbierałem przez lata i jak się patrzy później na postęp technologiczny, okazuje się że wiele działań było bezsensownych. Zbierałem jak głupi nagrania koncertów na VHS w czasach gdy nie było w Polsce telewizji satelitarnych, np dzwoniłem do kolegi z Monachium: ,,Nagrywaj mi koncert JEFFA BECKA, o drugiej trzydzieści w nocy będzie na 3 Sat'', on to nagrywał i mi przysyłał. Uzbierałem tego ponad tysiąc: rzeczy unikatowe, ale jak się okazało miałem całe ściany tym zawalone. Później kiedy moja żona wymyśliła generalny remont domu, musiałem się z tym przenieść do garażu. Wszystko było pochowane w kartoniki, skatalogowane -przeleżało to w garażu pięć lat. Mówię w końcu: ,,Kurcze blade: wyrzucam. Wyrzucam bez skrupułów''. Otwieram pierwszy karton, czytam: ,,The ROLLING STONES z MUDDY WATERSEM'' -przecież nigdzie tego nie ma -co mam z tym zrobić. Po jakimś czasie znalazłem w Stanach taką maszynę dla idiotów, która przerabia VHS na DVD -dwa miesiące przegrywałem wszystko. Teraz nie mam zajętych 20 metrów ściany -tylko metr, bo mam to wszystko na płytach. Oczywiście nigdy tego nie oglądam -ale mam. Cały czas jednak miałem jeszcze te VHS-y: ,,kurcze blade, nie mogę tego wyrzucić!''. Byłem w Gorzowie, gdzie mój kolega ma taki fajny klub i prowadzi małą akademię jazzu, tak się zgadaliśmy że wziął to do klubu, dzięki czemu nie poszło to w piach -tylko wiem że jest w Gorzowie.''

- Dla przeciętnego miłośnika muzyki, artysta to jest nazwisko, okładka płyty, zdjęcia... Mam takie dziwne pytanie: jest Pan miłośnikiem muzyki i oprócz tego że zajmuje się Pan muzyką zawodowo, po prostu też jej słucha. Czy to zajęcie nie przeszkadza Panu w prawidłowym odbieraniu muzyki? Czy nie odbiera Pan muzyki poprzez pryzmat osobistych sympatii bądź antypatii do muzyków?

-,, To przeszkadza w niektórych sytuacjach, lecz nie w przypadku pozytywnych skojarzeń, miłych, ale mam też artystów których ,,nie dotykam'' od wielu lat (myślę o płytach). Taki Gato Barbieri -genialny saksofonista, prowadził taką latynoską, jazzową rzecz przez wiele lat... Grał u mnie jakieś dziesięć lat temu w Auli Uniwersyteckiej -telewizja to nagrywała, pełna aula była... Dzień przed koncertem Gato Barbieri do mnie dzwoni że jednak nie wystąpi, bo zmienił w międzyczasie muzyków z amerykańskich na boliwijskich, którzy nie mają wiz i dowiedzieli się że nie mogą przez to przylecieć do Polski. Głupia sytuacja. Mówię: ,,Musisz przylecieć, to jest niemożliwe''. Róznica czasu: 6 godzin -to nam dużo pomogło -moja znajoma w Nowym Jorku natychmiast skontaktowała się z managamentem i zakomunikowała że jeśli Gato Barbieri nie przyleci jutro do Polski to ona uruchamia procedurę prawną (podała adres kancelarii przy Piątrej Alei) i powiedziała: ,,Dwa, trzy miliony bagsów -jak chcecie''. Dużo zabawy: Nina załatwiła tym wszystkim Urugwajczykom i Peruwiańczykom wizy, ja pozałatwiałem na nowo przeloty (wszystko telefonicznie), pojechałem rano z Poznania do Warszawy aby ich odebrać i mieć już wszystkich razem. Na lotnisku muzycy się awanturowali mówiąc że chcą ,,sleepliner'' (to taki autokar w którym są łóżka, łazienka, kuchnia) a ja mówię im że w całej Europie nie ma takich pojazdów. Myśmy wynajęli autokar z ,,Almaturu'' czy ,,Orbisu'' -jak oni to już przeżyli to pytają: jak długo pojadą z Warszawy do Poznania (a nie było wówczas jeszcze autostrady). Mówię: ,,No nie wiem, jak wyjedziemy z lotniska -może godzinka''. Ostatnie pytanie od czarnego bębniarza padło pod Koninem: ,,Czy już wyjechaliśmy z lotniska?''. Kiedy wyjechaliśmy za Koninem na dwupasmówkę, mówię: ,,Już wyjechaliśmy z lotniska na autostradę -jedziemy do Poznania''. Gato Barbieri powiedział po przyjeździe że wystąpi ale muszę mu zapłacić dużo więcej -w nerwach odpowiedziałem: ,,OK, nie ma sprawy''. Miała miejsce sytuacja patowa: Gato Barbieri jest już w garderobie, ja wychodzę na scenę i mówię: ,,Dobry wieczór Państwu! Gato Barbieri!''. Cisza, nie wychodzi... Wracam za kulisy a on do mnie mówi: ,,20 tysięcy dolców więcej''. Jest rok 1998. Mówię: ,,Stary, mam dychę'', -,,To daj dychę ale po przerwie -druga dycha. To jest twój problem''. Gato Barbieri wyszedł na scenę a ja przez 45 minut jeździłem po znajomych, krewnych i każdy wyciągał a to: 27 dol. a to pół tysiąca, a żeby żona nie widziała... Od tego czasu nikt tego muzyka do Europy nie zaprosił -od 1998 roku nie był ani razu w Europie. Mam wszystkie jego płyty, nawet nowe kupuję, ale później: ściągam folię i odkładam. Ja słucham nowej płyty takiego CHICKA COREA jednak nie tylko dlatego że go osobiście lubię, ale po prostu jestem jej ciekaw, niemniej jednak są tacy artyści na których mam awersję i nie chce mi się ich płyt ,,dotykać''.
 
- Czy podobnie jest z koncertami? Czy potrafi Pan uczestniczyć w koncercie w ,,normalny'' sposób? Czy postrzega Pan wszystko w sposób organizacyjny i logistyczny, czy potrafi się Pan z tego ,,skrzywienia'' wyzwolić?

- ,,Lubię jeżdzić na ,,cudze'' koncerty, tzn te których ja nie organizuję. Wówczas sobie siadam i słucham. Jednak pamiętam taki koncert w Francji: siedzimy sobie na balkonie, słuchamy a w pewnym momencie żona do mnie mówi: ,,Spójrz na ten fortepian. Czy ty widzisz jaki on jest brudny?''.

- Czy myśli Pan o wznowieniu, bądź nowym wydaniu książki ,,Czas Komedy'', której nakład został przed laty wyczerpany?

- ,,Tak. Myśmy to lata temu wydali z kolegą -on miał wydawnictwo tutaj w Mosinie. Ta książka z perspektywy rozwoju edytorskiego wydawnictw przez lata, prezentuje się dość siermiężnie w takiej formie w jakiej została wydana. Poza tym: ja mam mnóstwo materiałów, które wówczas nie były opublikowane, a które mogłyby dziś uzupełnić tą książkę.''
 
,,Era Jazzu'' to takie moje dziecko, ale robimy też wiele koncertów dla innych podmiotów. Przyleciał po pięćdziesięciu latach do Polski DAVE BRUBECK, ,,robiłem'' jego koncert w Poznaniu. On pierwszy raz zagrał w Poznaniu w 1957 roku i pamiętam że dzwonił wówczas ktoś do mnie z prośbą: ,,Proszę Pana, czy ja mógłbym dostać miejsce 7 w szóstym rzędzie, bo w pięćdziesiątym siódmym tam siedziałem''. Kiedy natomiast odbierałem Brubecka na lotnisku w Poznaniu, zapytał mnie: ,,Where Is Your Father?'', mówię: ,,Wiesz, tatuś nie mógł przyjść ale wieczorem będzie''.
Myślałem o moim ojcu, który przyjdzie, a on myślał że Dionizy Piątkowski wysłał swojego synka aby go odebrał.''
,,Obecnie z ,,Erą Jazzu'' robimy taki duży projekt, który ma pomóc artystom z najróżniejszych dziedzin muzyki.Jest taka grupa, która się tym zajmuje: ja, Marek Raduli, Zbyszek Hołdys, jest Costas, który jest szefem ,,Era Nowe Horyzonty''. Jest to taka grupa ludzi, która nie jest za bardzo uwikłana w tzw show business (no może poza Hołdysem). Zrobiłem taki koncert młodego pianisty Rafała Rokickiego -zaprosiłem go jako support przed koncertem Omara Sosy by zagrał krótki recital 20-minutowy. Chłopak był zauroczony tym co się stało: dostał ogromną promocję, błogosławieństwo ,,Ery Jazzu'', znalazł się w katalogu, media, telewizja, wywiady... Co go najbardziej jednak urzekło? To że Omar Sosa miał swoją garderobę i nasz artysta Rafał Rokicki miał dokładnie taką samą garderobę: z takim samym jedzeniem, piciem, z takim samym winkiem. Nigdy nie robiłem czegoś takiego jak: ,,to jest garderoba HERBIE HANCOCKA a to wasza, więc usiądźcie sobie na ryczce (mówiąc po poznańsku) i czekajcie''. Dla mnie każdy jest równorzędnym artystą -w sztuce jest tak że: albo komuś się uda, albo nie. Nie myślę tu o różnych manipulacjach dotyczących różnych ,,plastików'', kiedy wydaje się płytę wkładając w to dwa miliony, aby wyciągnąć z tego trzy. Teraz, za kilka dni przed Reginą Carter będzie grała taka fajna krakowska grupa Frittata -jazzowo-folkowa grupa -fajne brzmienie. Nie wiem co z tego wyniknie, na razie zbieramy nagrania, może wydamy płytę...  To jest to co my ,,stare byki'' możemy zrobić dla młodzieży: podać im rękę.''


________________________________________________________________

Drugi dzień festiwalu: sobota , 2 kwietnia obfitował w wiele atrakcji; po omawianych w poprzednich wpisach warsztatach gitarowych z JARKIEM SMIETANĄ, i spotkaniem w Klubie Festiwalowym z Dionizym Piątkowskim, miała miejsce projekcja wspaniałego filmu: ,,Martin Scorsese Prezentuje: The Blues -Ojcowie Chrzestni i Synowie" a wieczorem: koncert, a właściwie dwa koncerty: lauerat tegorocznego Przeglądu Kapel Gitarowych: zespół Mystic Circus, oraz grupa J.J.Band.
Koncertowa sobota przebiegała pod hasłem ,,Bluesobota'' i tym chyba należy tłumaczyć sobie dość chłodne przyjęcie metalowej grupy Mystic Circus, która wystąpiła jako support z ok. 40-minutowym recitalem. Było bardzo głośno, jednak zwróciłem uwagę na dużą wyrazistość dźwięku rozbrzmiewającego w sali koncertowej. Nagłośnienie zespołu takiego jak Mystic Circus w zamkniętej, niewielkiej sali to wyzwanie, lecz akustycy wyszli z tej próby zwycięsko.


Przez cały dzień po Mosińskim Ośrodku Kultury ,,krążyła'' ekipa TV, a wieczorny koncert rejestrowano w całości (godzinny program chaotycznie zmontowany, nadano już w poniedziałek, 4 kwietnia w TVP3). Niestety ze względu na rejestrującą sobotnie koncerty telewizję, obie grupy wystąpiły w pełnym oświetleniu sali koncertowej co nie sprzyjało stworzeniu fajnego, koncertowego klimatu. Pomimo to, podczas występu J.J.BAND atmosfera zrobiła się niezwykle gorąca a pod koniec występu wszyscy powstali i tańczyli w rytm bluesa.
Większość utworów wykonywanych przez grupę Jacka Jagusia, stanowiły kompozycje z repertuaru TADEUSZA NALEPY, wypełniające ostatnią płytę J.J.BAND, będącą hołdem dla wielkiego polskiego bluesmana. Oprócz niekwestionowanego lidera J.Jagusia, bardzo ważna rola przypada w grupie Mistrzowi Harmonijki: Bartoszowi Łęczyckiemu, którego pamiętam z wspaniałego ubiegłorocznego koncertu z Wojciechem Waglewskim na poznańskiej ,,pływającej scenie'' 18 lipca 2010 (
CZYTAJ TU).
W finale koncertu na scenie pojawił się mosiński mistrz harmonijki a zarazem członek Mosińskiego Towarzystwa Gitarowego: Jędrzej Szczepaniak, który w brawurowy sposób wpasował się w klimat koncertu. Niezwykłe dialogi harmonijki z gitarą Jagusia, a także ,,przekomarzania się'' obu harmonijkarzy na scenie wywołały gromkie brawa i owacje.

Po koncercie miałem okazję porozmawiać z B.Łęczyckim o grupie J.J.Band, oraz wspomnieć magiczny, ,,pływający'' koncert z Waglewskim. Miałem okazję też kolejny raz spotkać się z ,,Mr.Blues'' -Zdzisławem Paterczykiem -poznańskim animatorem i propagatorem bluesa, który również nie mógł przegapić w swoim terminarzu ,,V Ogólnopolskich Dni Artystycznych z Gitarą'' w Mosinie.
W sobotę, 2 kwietnia spędziłem w Mosinie ponad 12 godzin!
Gratuluję organizatorom wspaniałej imprezy i z wielką niecierpliwością oczekiwał będę kolejnych muzycznych wydarzeń w Mosinie.