│  B  │ C │ D │ E │ F │ G │ H │  J  K │ L│ M│ N │ O P │ Q │ R │  T  │  U  │   │ W  Y Z

23 kwietnia 2011

Rok piszę blog czyli ,,tańczenie o architekturze''

Rok temu 23 kwietnia 2010 roku, założyłem ten blog i umieściłem na nim pierwszy wpis. Trochę dla zabawy, trochę z ciekawości, ale przede wszystkim aby spisywać ,,na gorąco'' swoje doznania i odczucia związane z Muzyką: koncertami, płytami, spotkaniami z muzykami, przeczytanymi książkami o tematyce muzycznej itp.


[more]

Podczas tego roku umieszczałem kolejne wpisy dość nieregularnie, również rozmiar ich jest bardzo różny i nie zawsze ilość tekstu jest współmierna z emocjami towarzyszącymi nowej płycie, czy kolejnemu koncertowi, którego byłem świadkiem. Czynnikami decydującymi o napisaniu nowego tekstu jest zawsze ilość wolnego czasu i najzwyczajniej w świecie czerpanie większej lub mniejszej przyjemności z pisania. Pisać lubię zawsze, czasem jednak wolę czas jaki poświęciłbym na kolejny wpis przeznaczyć na dokładne przesłuchanie płyty, bądź lekturę. Myślę, iż na tym właśnie polega wyższość niezobowiązującego blogowania nad zawodowym pisaniem recenzji, bądź relacji. Piszę kiedy chcę, ile chcę i o czym chcę, ponadto nie czuję się zobowiązany poprzez najróżniejsze uwarunkowania do napisania np. pozytywnej recenzji płyty, która pomogłaby komuś w jej sprzedaży.
Wielu zawodowych krytyków, bądź recenzentów publikuje teksty na zamówienie wydawcy bądź sieci dystrybucyjnej (lub organizatora koncertu), które o czym należy pamiętać, powinny być odbierane jednak jako fachowa reklama a nie rzetelna recenzja.
Dlatego właśnie niektórzy dziennikarze i krytycy muzyczni rozpisują się na temat artysty, którego koncert wkrótce ma się odbyć, a ,,milczą jak grób'' po jego zakończeniu, zamiast w fachowy sposób opisać swoje wrażenia z imprezy. ,,Recenzje'' wielu płyt ukazują się jeszcze przed jej oficjalną premierą, po przesłuchaniu jej przez autora tekstu ,,na szybko'' a nie dopiero po dokładnym osłuchaniu się z materiałem muzycznym i możliwością dojścia do ew. wniosków właściwych miłośnikom muzyki po kilkakrotnym przesłuchaniu danej płyty.
Uwagi te nie dotyczą wszystkich publikacji jakie ukazują się drukiem bądź w formie elektronicznej ale niestety zdecydowanej większości (tu składam jednak wielki ukłon fachowym stronom i czasopismom, oraz przede wszystkim ludziom, którzy w nich publikują żywe a nie sztucznie spreparowane teksty) .
Czasem aż mdli mnie od nazywania wielu kolejnych płyt bądź nadchodzących koncertów ,,największym wydarzeniem roku''. W ubiegłym roku był taki kilkutygodniowy okres, gdy ,,największym artystą wszechczasów'' nazywano STINGA, a album ,,Symphonicities'' (2010), który wówczas trafił do sklepów -najlepszą jego płytą. Bywając w centrum Poznania, niemal na każdej ulicy można było wówczas dojrzeć plakat bądź bilboard z wizerunkiem artysty. W tych dniach zdaniem wielu dziennikarzy i krytyków muzycznych piszących ,,na zamówienie'': STING był większy od Beatlesów czy Elvisa! Wszystko jakoś dziwnie ucichło po przeciętnym poznańskim koncercie wykonawcy i STING ponownie stał się tym kim był przedtem: byłym liderem nieistniejącej od lat grupy POLICE, któremu zdarzało się nagrywać płyty dobre i jedną wyśmienitą (,,...Nothing Like The Sun'' 1987), a który w ostatnich latach niestety niewiele nowego ma do zaoferowania słuchaczom. Po koncercie znalazłem kilka suchych (raczej faktograficznych) informacji o tym co i jak zostało wykonane; bez zachwytów i uniesień jakimi serwowano nas przed koncertem. Bilety sprzedane, kasa policzona -pora znaleźć nowego ,,największego artystę wszechczasów'', którego koncert bądź płyta będzie ,,największym wydarzeniem roku''. Znowu dowaliłem biednemu STINGOWI, ale to tylko przykład dowodzący jak stronnicze może okazać się zawodowe pisanie o muzyce. Notki promocyjne wychodziły spod piór zawodowców, spośród których żaden nie odważyłby się napisać przed koncertem: ,,mam wątpliwości co do sensu wykonywania wciąż tego samego repertuaru w różnych aranżacjach'' lub choćby: ,,ciekawe czy będą w stanie porwać nas orkiestrowe wersje znanych od lat przebojów STINGA i POLICE'' -a jeśli nawet odważyłby się, to nikt by tego nie opublikował, gdyż godziłoby to w interes organizatorów i sponsorów. Business is Business -tak to wygląda. Czy nie ma więcej obiektywizmu w relacji fana, uczestniczącego w koncercie dzięki kupionemu biletowi, bądź dokładnie słuchającego zakupionej za własne pieniądze płyty?

 Czytając amatorskie teksty publikowane na różnego rodzaju blogach zauważyłem niczym nie skrępowaną szczerość wypowiedzi, w której namacalna wręcz jest radość płynąca z pisania tekstu (złośliwi nazywają niektóre nieskładne, amatorskie teksty ,,radosną twórczością''). Czytając wiele blogowych publikacji często trafiamy na różnego rodzaju błędy składniowe, ,,literówki'' bądź najzwyklejsze błędy ortograficzne (moje wpisy być może również nie są wolne od tych przypadłości) -z tym musimy się pogodzić. Gorzej natomiast jest, gdy trafiamy na błędy faktograficzne, ale co zadziwiające: zdarza się to na amatorskich stronach naprawdę rzadko. Jeśli ktoś z własnej woli, w ramach hobby pisze o muzyce, to raczej dlatego iż coś o niej jednak wie. Częściej zdarzają się wpadki faktograficzne ,,zawodowcom'', którzy piszą nie o swych idolach czy bożyszczach, lecz np. o wykonawcy, którego płytę do odpłatnego zrecenzowania otrzymali właśnie gratis w formie ,,promo'' od wydawcy. Jako czytelnika amatorskich recenzji płyt bądź relacji z koncertów najbardziej uderza mnie niczym nie skrępowana szczerość wypowiedzi: z jednej strony -uniesienia zachwytu właściwe dla fana, z drugiej -bezwzględna i odważna krytyka właściwa oprócz ,,amatorów'' -tylko największym nie sprzedanym, bądź może: nie kupionym dziennikarzom muzycznym.
Gdy zacząłem pisać ten blog, chciałem aby i moje spisywane wrażenia były szczere i amatorskie (warto poznać bądź przypomnieć sobie główne, właściwe znaczenie określenia: amator*). Spodobało mi się zdanie, o którym przeczytałem iż wyszło z ust Edgara Froese (choć później przypisano je FRANKOWI ZAPPA): ,,Pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze''. Wykorzystałem je jako motto mojego bloga przyznając tej tezie stuprocentową rację i rozumiejąc jej przesłanie w najprostszy sposób: iż Muzyki po prostu należy słuchać a nie analizować Ją i rozbierać na czynniki pierwsze. Jak jednak nie spróbować opisać emocji jakie towarzyszą Jej odbieraniu i nie próbować podzielić się swoimi wrażeniami? Na własny użytek często spisywałem swoje wrażenia muzyczne by po kilku latach móc skonfrontować je z perspektywy czasu na zasadzie: Czy nadal ta płyta jest dla mnie ważna? Czy nadal to nagranie wywołuje we mnie takie emocje? Ponieważ równo rok temu zdecydowałem się publikować swoje spostrzeżenia w internecie, utworzyłem ten blog.
W ciągu roku opublikowałem 79 wpisów w różnych formach: relacji, recenzji, felietonu... Od początku roku 2011 zmieniłem wystrój graficzny strony z zielonego, pstrokatego -na bardziej stonowany i przejrzysty. Utworzyłem działy, do których dostęp znajduje się na stronie głównej, na bocznej szpalcie tworząc również coś w rodzaju prywatnego archiwum moich publikacji w różnych formach. Z ciekawości uruchomiłem też od 1 stycznia 2011 roku licznik odsłon i okazało się iż blog ma średnio 2200 odsłon miesięcznie, 555 tygodniowo, a to świadczy o tym iż każdego dnia otwierany jest średnio 79 razy!** Publikowane przeze mnie teksty jak się więc okazało są otwierane i sądzę iż, jeśli nie czytane w całości -to przynajmniej przeglądane kilka razy dziennie z różnych adresów IP i otwierane z różnych stron i przeglądarek (świadczą o tym raporty jakie otrzymuję po zalogowaniu się). Ogromnie mnie cieszą wiadomości otrzymywane drogą komentarzy (nie wszystkie kwalifikują się do publikacji, gdyż są po prostu prywatnymi wiadomościami), dlatego od pewnego czasu pod każdym wpisem umieszczany jest automatycznie adres skrzynki mailowej utworzonej do ew.korespondencji nie będącej komentarzem do danego wpisu.
Podczas mosińskiego festiwalu w ramach ,,V Ogólnopolskich Dni Artystycznych z Gitarą'' miałem przyjemność poznać kilka osób, które jak się okazało zaglądają od czasu do czasu na mojego bloga. Być może przyczyniło się do tego Mosińskie Towarzystwo Gitarowe poprzez umieszczenie linka na swojej stronie i polecenie go na swoim oficjalnym facebookowym profilu -za co serdecznie dziękuję, lub informacje o mojej ,,pisaninie'' jakie pojawiły się podczas tegorocznej wystawy ,,Wielcy Gitarzyści na płytach winylowych''.
Od początku roku 2011 utworzyłem stronę ,,Jarek Śmietana Fan Blog'' (dostęp do niej na prawej szpalcie tego bloga), gdzie wpisami są znajdywane na bieżąco informacje, artykuły, wywiady i recenzje płyt oraz koncertów, związane bezpośrednio z Największym Polskim Gitarzystą Jazzowym, pochodzące z różnych źródeł do których odnośnik znajduje się na końcu każdego wpisu. Niejednokrotnie szukając różnych informacji o danym wykonawcy surfujemy godzinami po internecie odwiedzając różne strony, dlatego poprzez utworzenie tego ,,fan bloga'' chcę zgromadzić wszelkie informacje z najróżniejszych stron internetowych dotyczące JARKA ŚMIETANY w jednym miejscu. Inicjatywa ta spotkała się z gorącą aprobatą samego Artysty i od połowy maja moja internetowa działalność dotycząca JARKA ŚMIETANY nabierze bardziej oficjalnych ram, o czym na pewno napiszę w odpowiednim czasie w tym miejscu.

 
Od czasu ,,uruchomienia'' strony poznałem wiele osób bezpośrednio, bądź pośrednio związanych z Muzyką, a nawiązane kontakty często sprawiają iż tym bardziej cenię sobie amatorski sposób obcowania z Muzyką. Dlaczego? Oto kilka przykładów:
Andrzej Nowak -wielki gitarzysta rockowy (TSA, ZŁE PSY), którego poznałem osobiście dokładnie rok temu w kwietniu, podczas naszego ostatniego spotkania w listopadzie ub.r. długo oglądał mój egzemplarz płyty ,,Blues Forever'' LESZKA WINDERA (1985, w której nagraniu sam uczestniczył), wyznając iż od lat jej nie słuchał gdyż na słuchanie płyt najzwyczajniej w świecie coraz bardziej brakuje mu czasu. Często bardzo chciałby usiąść w fotelu i wysłuchać tej czy tamtej płyty w normalny, zwykły sposób, nie pod kątem: jak to zostało wykonane, na czym zagrane i co możnaby tu poprawić bądź zmienić. Niestety jako zawodowy muzyk nigdy nie będzie w stanie odbierać Muzyki w inny sposób.


Dionizy Piątkowski (,,Era Jazzu'') -największy autorytet jazzowy, organizator koncertów -przyznał iż słuchając płyt wielu wykonawców, z którymi nawiązał bezpośrednie kontakty nie może wyzwolić się z pewnego rodzaju skrzywienia polegającego na odbiorze Muzyki poprzez pryzmat doświadczeń z bardziej bądź mniej udanej współpracy z danym artystą. Również czuje się pozbawiony radości uczestnictwa w wielu koncertach i to nie tylko tych przez siebie organizowanych, gdyż nie zawsze potrafi skoncentrować się na Muzyce rozproszony postrzeganiem imprez pod kątem logistyczno -organizacyjnym.
Nie mogę nie wspomnieć w tym miejscu oczywiście o JARKU ŚMIETANIE, który oprócz tego iż jest JARKIEM ŚMIETANĄ :) -jest też zapalonym kolekcjonerem płyt i melomanem. Po jednym z koncertów podczas rozmowy wyznałem, iż oprócz wielu rzeczy jakich Mu zazdroszczę jest jedna przypadłość, której Mu bardzo współczuję. Jedna, ale bardzo wielka rzecz: nigdy nie będzie na widowni podczas własnego koncertu i nigdy nie będzie świadkiem własnego występu z punktu widzenia fana, nigdy nie pozna tych emocji -bardzo Mu tego współczuję :) .
Przypomniała mi się jedna dziwna sytuacja sprzed lat. Jako zapalony zbieracz płyt winylowych, zawsze wydawało mi się iż prowadząc własny sklep płytowy będę miał bardzo duże możliwości jeśli chodzi o dostęp do wielu płyt. Teza ta okazała się prawdziwą: podczas kilku lat prowadzenia płytowego second handu przez moje ręce przeszły tysiące płyt gramofonowych a wśród nich wiele ,,białych kruków'' jak choćby francuskie tłoczenie płyty ,,Animals'' zespołu PINK FLOYD (1977) na różowym winylu, pierwsze wydanie płyty ,,Elvis Is Back'' z roku 1960,  japońskie wydanie ,,666'' -APHRODITE'S CHILD (1971) czy pierwsze tłoczenia beatlesowskich singli i wiele wiele innych trudnodostępnych pozycji. Nie ukrywam, iż w owym czasie moja winylowa kolekcja wzbogaciła się o dużo poszukiwanych przeze mnie wcześniej płyt, bowiem dużą ilość zakupionych krążków po prostu włączałem do własnej kolekcji. Miały miejsce wówczas tak zabawne sytuacje jak choćby ta dotycząca pewnej unikatowej płyty Elvisa, o którą wypytywał mnie jeden z klientów, prosząc o zatelefonowanie do niego w przypadku gdy płyta ta znajdzie się u mnie w sklepie. Z pełną powagą w głosie odpowiedziałem, iż bardzo mi przykro ale sam poszukuję tego wydawnictwa i jeśli trafi do sklepu to i tak nie znajdzie się w sprzedaży bo zabiorę ją do domu.
Pamiętam jednak pewne skrzywienie jakiego nabawiłem się w owych latach, gdy handlowałem płytami (brzydkie określenie, ale tak właśnie było). Płyt winylowych zacząłem słuchać inaczej. Inaczej zacząłem postrzegać te płyty. Wypatrywałem na płytach najdrobniejszych rys, na okładkach dostrzegałem najróżniejsze wady -a wszystko to pod kątem ewentualnej wyceny krążka. Nie wspominam już o studiowaniu metryk pierwszych wydań i tłoczeń, gdyż na ten temat napisano niejedną książkę. Łapałem się na tym iż podczas spotkań towarzyskich oglądając czyjąś kolekcję mimo woli wyceniałem każdą płytę w myślach. Coraz częściej zazdrościłem też swoim klientom, odwiedzającym sklep tego iż są ,,po drugiej stronie'' i nie zdają sobie sprawy z wielu spraw organizacyjnych dotyczących prowadzenia ewidencji zakupów czy ksiąg komisowych a każdą płytę postrzegają nie jako towar o określonej wartości z przynależnym kwitem, lecz jako ewentualną, kolejną pozycję w swej kolekcji nabytą za kwotę, o której zapomną w momencie zdjęcia ceny umieszczonej na wewnętrznej stronie koperty po przyjściu do domu.
Długo trwało zanim odzyskałem po tych kilku latach, pełną zdolność cieszenia się płytami w domowym zaciszu, tak jak przedtem.
Wracając do tematu pisania blogu; uważam iż radość jaką czerpią piszący amatorsko o muzyce, literaturze, filmach i wielu innych dziedzinach, bardzo często jest obca ludziom piszącym zawodowo a wolność i niezależność indywidualnego blogowania sprawia, iż wiele opinii o nowym filmie, książce czy płycie może okazać się bardziej miarodajna i rzetelna niż profesjonalnie napisana recenzja w poczytnym czasopiśmie. Ceną za bezinteresowną szczerość jaką otrzymuje czytelnik jest jednak często styl bądź błędy składniowe lub ortograficzne przez które trzeba przebrnąć czytając tekst.
Cóż... Być może z tym pisaniem jest podobnie jak z muzyką, o której tak pięknie ktoś ostatnio powiedział: ,,Przyjemniej słucha się gitarzysty, który się pomylił, lecz gra od serca -niż tego który się nie pomyli bo wyćwiczone ma wszystko do perfekcji lecz gra jak automat''.
Jeśli nie znamy się na architekturze, a wzbudziła ona w nas duże emocje -dajmy im upust. Jeśli nie opowiadając czy pisząc o architekturze to choćby o niej tańcząc.
Do przeczytania w drugim roku!

* amator -ten kto zajmuje się czymś z upodobania, lubiący coś; miłośnik, zwolennik (,,Słownik języka polskiego'', PWN); miłośnik, ktoś oddany czemuś (Wikisłownik)

 ** dane na dzień 22 kwietnia 2011, na liczniku odsłon znajduje się liczba: 8879

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=aPBtTkUfrsc&login=w50&width=450&bg=ffffff